sobota, 2 marca 2013

Interludium: Rozmowa Samiego i Minoru na górze Gniew Oni

Czcigodny Stryju! - przemówił Sami do kapłana - czas nagli i choć wiem, żeś wiele sił strawił na pomoc naszym towarzyszom, to jednak potrzebuję tu i teraz Twoich zdolności. Miała miejsce walka z Piewcami, lecz nie mam pewności, czy wszyscy zostali zgładzeni. Nadto przyda nam się wszelka pomoc przy wytropieniu człowieka, który uniósł stąd pewną rzecz, która nie należy do niego. Nadto jest jeszcze kwestia pobłogosławienia duchów zmarłych tu okrutnie zamordowanych ludzi - czas, aby ich duchy nie błąkały się już głodne po ziemi. Czy mógłbyś poprosić kami o pomoc w tych sprawach?

To powiedziawszy patrzył z powagą na stryja czekając na jego odpowiedź. Ten skinął głową, mówiąc jedynie:
- Co najważniejsze?
- Hmmm! Najważniejsze jest zebranie śladów, które zaprowadza nas do złodzieja - To rzekłszy opowie stryjowi o tajemniczej trójce, latawcach oraz planach złapania niegodziwca, który umknął - Gdybyś mógł poprosić kami, aby nas w tym dziele wspomogły...

Shugenja - nielicho zaskoczony wieścią o latawcach - skinął głową i poprosił, by go poprowadzono w to miejsce. Po drodze nieustawał w pytaniach, jakie latawce, jak leciały, jak duże... Niestety, ledwo tylko zaczął wznosić modły, przerwał, cofnął się szybko i rzekł zduszonym głosem:
- Kansei! To miejsce jest ich pełne! Proszenie duchów tutaj o pomoc jest pomyłką - odpowiedź kansei będzie niewątpliwie zdradziecka! Trzeba oczyścić kotlinę, całą! Spalić budynki! Zwłaszcza - okręcił się na pięcie, wskazał palcem budynek, w którym trójka przyjaciół niedawno stała w obłoku krwi - tamten! Sama ilość duchów krwi teraz jest tak duża, że wypaczy każdą modlitwę, jaką wzniosę!

Na wieść, że nie można nic zrobić, zanim pawilony nie zostaną spalone Sami poprosi Tai Linga o pomoc - trzeba będzie przenieść ciało ex-krewnego daimyo do jednego z pawilonów, skoro i tak ma spłonąć. Wcześniej jednak zapyta Minoru:

- Czy od niego nie mogą prowadzić ślady, jeśli sądzimy, że wcześniej nosił przy sobie skradziony przedmiot?
- Musiałbym wiedzieć więcej o przedmiocie, Sami-kun - rzekł z pewnym afektem stryj. - Rozmowa z kami, jeśli ma być skuteczna, musi dać im pewne informacje. Im precyzyjniejsze, tym lepiej. No i... jeśli tu od dawna są kansei, to to może być nieskuteczne. Kansei i kami rzadko się dobrze znoszą. Jeśli ten mężczyzna przebywał tu dłużej... - Minoru zawiesił głos. Spojrzał po kotlinie. Przeprosił, przeszedł się, to tu, to tam. Przystawał na chwilę, zamykał oczy. Po chwili koncentracji zmieniał miejsce i rzecz powtarzał.

- Czasochłonne! - rzekł, powróciwszy do Samiego po dłuższych oględzinach. - Przywrócenie tego miejsca do naturalnego stanu. Co najmniej z sześcioma innymi kapłanami mógłbym pokusić się o spełnienie Twoich próśb Sami-san. Nie dopuścić do powstania głodnych duchów. Miejsce jest pełne kansei i inne duchy nie chcą się tu zbliżać. Na szczęście przy Was jest nieco lepiej, bo byłbym w kłopocie. A nie zapuszczałem się nigdzie dalej - wskazał pawilon - lecz już czuję, że tamten koniec kotliny jest o wiele gorszy. Nieopodal są też padlinożercy - wskazał kierunek, z którego dochodziła czasem ptasia wrzawa. - Potrzebni zatem będą eta.

- Najlepiej ruszajcie w pościg. - i tu Minoru przedstawił swój plan.

Sami i Tai Ling zbiegają w dół wschodnim zboczem, aż droga rozwidli się. Sami biegnie piargami w dół, dalej na wschód. Na dół góry i przez las na wskroś, aż do drogi. Tai Ling odbija na północ, biegnąc lepszą drogą. Dobiega do kordonu Południowców, do rannych, tam jest jego koń, którego bushi z Doliny znaleźli w lesie, kiedy uciekał przed Białymi Maskami. Wskakuje na konia, gna do drogi, drogą gna do granicy. Któryś z dwójki dopadnie drogi wcześniej, a drogą będzie podążać karo, by zamknąć granice Klanu Borsuka, obstawić przełęcze, nie wypuścić zbiega. Karo potrzebuje wieści, jakie oni mają.

Sami tylko mruknie potwierdzenie, zbierze broń, poszuka w zasięgu wzroku kołczana na nage-yari, kilku włóczni, liny z hakiem i nałożywszy to wszystko... zawróci na wzgórze, by wziąć stamtąd siatkę na latawce. Wyrzuci z kołczanu wszystkie nage-yari poza dwiema, a następnie poświęci chwilę na odcięcie głowy krewniakowi daimyo, po czym trzymając za włosy opakuje w siatkę i wpakuje ją do pustego kołczanu. Upewni się, że z niego nie wypada, po czym przewiesi sobie topór, a w ręce weźmie... rękawice, które spodziewa się znaleźć gdzieś na polu bitwy. Nawet bez nich weźmie dwa krótkie sznury i przywiąże sobie nage-yari do dłoni, ale tak, by móc zacisnąć na nich uchwyt. To powinno zostawić mu dostatecznie dużo miejsca na chwycenie liny w razie potrzeby. Tak przygotowany skłoni się stryjowi i Tai Lingowi (o ile ten jeszcze tu wtedy będzie).

- Wyruszam zatem! Do zobaczenia na dole! - To powiedziawszy puści się biegiem ścieżką w dół.

Koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz